Więcej niż zmiana słów. Język nowego uczenia się – między szkołą a biznesem

Przyglądając się transformacji procesu uczenia się, szczególną uwagę zwracam na język, którym opisujemy i tworzymy rzeczywistość edukacyjną. Słowa, których używamy, nie tylko odzwierciedlają nasz sposób myślenia o rozwoju i edukacji – one aktywnie kształtują nasze podejście, postawy i działania w tym obszarze.

Gdy patrzę na tradycyjne określenia: nauczyciel, wykładowca, trener, dostrzegam, jak każde z nich niesie ze sobą ukryty przekaz o relacji i hierarchii. Nauczyciel to ktoś, kto „naucza” – przekazuje wiedzę z pozycji autorytetu. Wykładowca „wykłada” – prezentuje uporządkowaną wiedzę odbiorcom. Trener, wywodzący się ze świata sportu, „trenuje” – prowadzi przez zaplanowany proces rozwoju określonych umiejętności. Moim zdaniem te role, głęboko zakorzenione w naszej kulturze i języku, automatycznie stawiają osobę uczącą się w pozycji odbiorcy, czasem wręcz biernego (lub do bierności zachęconego).

Podobną prawidłowość zauważam w określeniach przestrzeni edukacyjnej. „Klasa”, „sala wykładowa”, „sala szkoleniowa” – wszystkie sugerują specjalną zamkniętą przestrzeń, gdzie wiedza jest „podawana” w określony sposób. Nawet pozornie neutralne „zajęcia” czy „lekcja” niosą ze sobą, jak sądzę, bagaż tradycyjnego myślenia o edukacji jako o czymś, co jest „prowadzone” przez jedną osobę dla innych.

Wyobrażam sobie rozwojową przestrzeń przyszłości, gdzie zmiana języka staje się katalizatorem głębszej transformacji edukacyjnej. „Sprawdzanie wiedzy” mogłoby ustąpić miejsca „pokazywaniu zrozumienia”, tradycyjne „wywiadówki” przekształciłyby się w „spotkania rozwojowe”, a (chyba już trochę zapomniani?) „dyżurni” staliby się na przykład „moderatorami przestrzeni”. Jestem przekonany, że te zmiany, początkowo zapewne odbierane jako sztuczne, mogłyby z czasem realnie wpływać na zachowania i postawy wszystkich uczestników procesu edukacyjnego.

W środowisku biznesowym dostrzegam próby tworzenia nowego języka rozwoju. Widzę, jak określenia takie jak „facylitator”, „mentor” czy „coach” weszły do powszechnego użycia, choć nie zawsze ze zrozumieniem ich głębszego znaczenia. Wyobrażam sobie, jak w przyszłości role te mogłyby ewoluować jeszcze dalej. Zamiast „trenerów” moglibyśmy mieć „projektantów doświadczeń rozwojowych”, a „sala szkoleniowa” mogłaby stać się „przestrzenią odkrywania”.

Za szczególnie interesujące uważam wyzwanie adaptacji terminologii z języka angielskiego. Obserwuję, jak niektóre określenia, jak „coaching” czy „mentoring”, przyjęły się w polszczyźnie bez większych modyfikacji. Inne, jak „facilitator” czy „empowerment”, wciąż szukają swoich polskich odpowiedników. Jestem przekonany, że w przyszłości pojawią się kolejne wyzwania związane z nazywaniem nowych ról i procesów w edukacji i rozwoju.

Dostrzegam jednak poważne ryzyko powierzchownej zmiany na poziomie języka. Widzę, jak tradycyjne szkolenia bywają nazywane „warsztatami transformacyjnymi” czy „laboratoriami innowacji”, podczas gdy ich forma i treść pozostają niezmienione. Obawiam się, że w przyszłości to napięcie między formą a treścią może się jeszcze pogłębić. Mogę sobie wyobrazić „przestrzeń kreatywnego rozwoju”, która w rzeczywistości jest tą samą salą wykładową z rzędami krzeseł zwróconych w jednym kierunku.

Gdy myślę o przyszłości edukacji formalnej, widzę jak „klasy” mogłyby stawać się „wspólnotami uczenia się”, gdzie „uczniowie” przekształcaliby się w „odkrywców” czy „badaczy”. „Plan lekcji” mógłby ewoluować w „mapę rozwoju”, a „sprawdziany” w „punkty refleksji”. Uważam, że każde z tych określeń niosłoby ze sobą nie tylko nową nazwę, ale przede wszystkim nowe rozumienie procesu uczenia się.

Szczególnie zajmuje mnie potencjalna ewolucja języka opisującego relacje w procesie uczenia się. Dziś wciąż mówimy o „prowadzeniu zajęć” czy „przekazywaniu wiedzy”. Wyobrażam sobie, że w przyszłości moglibyśmy mówić o „współtworzeniu przestrzeni rozwoju” czy „facylitacji procesu odkrywania”. Zamiast „grupy szkoleniowej” moglibyśmy mieć „społeczność praktyków”, a „cele szkoleniowe” mogłyby stać się „horyzontami rozwoju”.

Jestem przekonany, że zmiana języka może mieć głęboki wpływ na kulturę uczenia się. Wyobrażam sobie organizację, gdzie zamiast „ocen” i „ewaluacji” mamy „punkty wzrostu” i „momenty refleksji”. Gdzie to, co nazywamy „błędami”, staje się „eksperymentami uczenia się”, a „porażki” przekształcają się w „okazje do rozwoju”. Wierzę, że taki język mógłby tworzyć przestrzeń bezpieczeństwa psychologicznego, niezbędną do autentycznego uczenia się i rozwoju.

Dostrzegam jednak potrzebę zachowania równowagi. Z jednej strony widzę konieczność nowego języka, który lepiej oddawałby istotę współczesnego uczenia się. Z drugiej – obawiam się ryzyka popadnięcia w pustosłowie, gdzie nowe określenia stają się jedynie modnym żargonem, pozbawionym głębszego znaczenia.

Myślę, że przyszłość przyniesie nam jeszcze więcej wyzwań językowych. Rozwój technologii, sztucznej inteligencji i nowych form uczenia się będzie wymagał kolejnych określeń i metafor. Zastanawiam się, jak nazwiemy przestrzeń, gdzie fizyczne i wirtualne doświadczenia uczenia się płynnie się przeplatają? Jakim językiem opiszemy rolę AI jako partnera w procesie rozwoju?

Za kluczowe uważam, by w tej ewolucji języka nie stracić z oczu tego, co najważniejsze – człowieka i jego rozwoju. Moim zdaniem nowy język edukacji i rozwoju powinien nie tylko opisywać nową rzeczywistość, ale przede wszystkim wspierać autentyczne procesy uczenia się, budować mosty między ludźmi i otwierać przestrzeń do prawdziwego dialogu i wzrostu.

Jestem przekonany, że sama świadomość roli języka w transformacji edukacyjnej będzie nabierać coraz większego znaczenia. Widzę, jak organizacje i instytucje edukacyjne zmagają się z wyzwaniem spójności między deklarowanymi wartościami a językiem, którego używają. Uważam, że w przyszłości ta spójność mogłaby stać się jednym z kluczowych wskaźników autentyczności zmian w podejściu do uczenia się.

Sądzę, że ta językowa transformacja nie może być odgórnie narzucona czy mechanicznie wprowadzona. Obserwuję, jak próby sztucznego narzucania nowej terminologii często kończą się powierzchowną zmianą lub wręcz oporem. Wierzę, że skuteczna ewolucja języka będzie procesem organicznym, wynikającym z autentycznej zmiany w sposobie myślenia i działania.

W mojej ocenie największe wyzwanie tkwi w znalezieniu równowagi między świadomym kształtowaniem nowego języka a zachowaniem jego autentyczności i życiowej prawdy. To wyzwanie, które wymaga nie tylko wrażliwości językowej, ale przede wszystkim głębokiego zrozumienia istoty procesu uczenia się i rozwoju człowieka.

Dlatego postrzegam ewolucję języka edukacji nie jako cel sam w sobie, ale jako barometr rzeczywistej transformacji w sposobie, w jaki myślimy o uczeniu się i rozwoju. To proces, który – jestem o tym przekonany – wymaga czasu, uważności i odwagi w kwestionowaniu utartych schematów – zarówno językowych, jak i myślowych. Tylko wtedy, jak sądzę, nowy język może stać się nie tylko narzędziem opisu, ale prawdziwym katalizatorem zmiany w edukacji i rozwoju.

Scroll to Top